czwartek, 8 grudnia 2011

"Pracowałam z modlitwą na ustach" (4)

Stanisława Leszczyńska urodziła się w Łodzi, 8 maja 1896. Była żoną Bronisława, najlepszego zecera w Łodzi, który zginął w powstaniu warszawskim i matką dla trzech synów i córki. Zawód położnej wykonywała przez prawie 40 lat. W "Raporcie Położnej z Oświęcimia", dokumencie wydanym w latach sześćdziesiątych, a powstałym w 1957, pani Stanisława pisze "Lubiłam i ceniłam swój zawód, ponieważ bardzo kochałam małe dzieci. Może właśnie dlatego miałam tak wielką ilość pacjentek, że nieraz musiałam pracować po trzy doby bez snu. Pracowałam z modlitwą na ustach i właściwie przez cały okres mej zawodowej pracy nie miałam żadnego przykrego wypadku".
"Kochała swój zawód, bo kochała dzieci" wspomina pan Bronisław. "To nie była łatwa decyzja, by zacząć się uczyć tego zawodu. Miałem trzy lata, siostra, Sylwia, rok. Mama zostawiła nas pod okiem zapracowanego ojca, dziadków i wyjechała na dwa lata".

Aresztowanie

W lutym 1943 roku wraz z córką i dwoma synami pani Stanisława została aresztowana przez gestapo, bo jej mąż, Bronisław, potajemnie wyrabiał dokumenty osobom zagrożonym przez gestapo. Synowie, Henryk i Stanisław, zostali osadzeni w obozach, w Gusen (kamieniołomy) i Mauthausen.
"W czasie aresztowania uciekłem" mówi pan Bronisław (syn). "Było dwóch gestapowców, jeden mówił, że będzie przed drzwiami, drugi miał pilnować. Na tyle znałem niemiecki, że zrozumiałem. Niemiec popełnił błąd, na chwilę schował pistolet. Walka z nim była dziwna. Gdy mnie trzymał za pas, siostra gryzła mu ręce. Wyrwałem się, przeskoczyłem przez poręcz, a siostra chwyciła gestapowca za szalik. Zaczął się dusić. Zanim ją odepchnął i strzelił, to już była taka odległość, że nie trafił. Wleciałem do mieszkania babki. Myślałem, że wyjdę przez okno, ale przed oknem stanęła karetka więzienna. Kiedyś będąc u babci, obserwowałem framugę i pomyślałem sobie: konewnik, garnki przesunąć, zasłonić to i nikt nie będzie wiedział, co tam jest. Prędko więc przesunąłem konewnik, woda się wylała, znalazłem gwoździe i młotek, przybiłem płótno na ramę i się schowałem. Przyszli Niemcy. Wyrzucali kapustę kiszoną z beczki, kartofle, nie wiedzieli, co robić. Dwa razy wracali. Gdy wyszedłem, to spostrzegłem na krześle ubranie babci. Wciągnąłem je na siebie. Przedarłem się przez tłum, a zgraja dzieciaków za mną. Widziały, że idzie przebrany chłop. Znalazłem się u znajomych. Gdy ich potem odwiedziłem i zapytałem, czy mnie pamiętają, odpowiedzieli "oczywiście, że panią poznajemy". Cała rodzina mogła uciec, ale mama jak usłyszała strzelanie, to myślała, że mnie zabili".

Pani Stanisława wraz z córką została przewieziona do Oświęcimia, gdzie przez dwa lata pełniła posługę położnej. W tej służbie pomagała jej córka oraz współwięźniarki, m.in. lekarki Janina Węgierska i Irena Konieczna. (cdn)

Krystyna Zambrzycka (Oświęcim – Numer P.64.160)

środa, 7 grudnia 2011

"W jednym pantofelku"(3)

"Jak się człowiek przebudzi, to zwykle udaje mu się trafić nogą tylko do jednego pantofla" - mówi Bronisław Leszczyński, lekarz, syn Stanisławy Leszczyńskiej, położnej. "Mamę jak wzywano w nocy, to często właśnie w jednym pantoflu wybiegała. I tak się też modliła do Matki Bożej: załóż, chociaż jeden pantofelek, ale przybądź z pomocą. Mama mówiła, że się nigdy nie zawiodła".

Przyjechałam do Łodzi z wielką obawą. Miałam poznawać historię życia kobiety, o której niewiele słyszałam. Wiedziałam, jak się nazywała, że była położną w Oświęcimiu i że obecnie trwa jej proces beatyfikacyjny. W Krakowie zdobyłam kilka artykułów na jej temat, czasu na czytanie książek nie miałam, tak więc jako ignorant z kilkoma adresami i numerami telefonów wyruszyłam w drogę. To, co znalazłam na miejscu, zaskoczyło mnie.

Spotkałam dwóch uroczych nietuzinkowych, szarmanckich panów, synów Stanisławy Leszczyńskiej, Bronisława i Henryka, którzy przyjęli mnie jak kogoś z rodziny. Rozmawialiśmy długo, wspominając - jak się okazało niezwykłą postać - dotykaliśmy tego, czym jest miłość, piękno, bohaterstwo, śmierć, grzech. Wszystko to przebiegało w ciepłej atmosferze pierwszych dni sierpnia. Zajadaliśmy borówki, poziomki, winogrona. Stół się uginał, a ja protestowałam mówiąc, że nie wiedząc, co mnie czeka, zjadłam obiad. Czasem przerywaliśmy, by posłuchać gry Henryka i Bronisława na fortepianie, cytrach. Miałam okazję wysłuchać melodii piosenek, które śpiewała pani Stanisława. Na pamiątkę dostałam pierścień do gry na cytrze zrobiony z damskiej wsuwki do włosów, bo takie dają lepszy dźwięk niż te robione fabrycznie.

"Cytra to instrument, który wzrusza" - mówi Bronisław Leszczyński. "Mama lubiła jej słuchać. Mnie nieraz trudno było coś zagrać, a ona umiała to zaśpiewać. Lubiła śpiew, pamiętam piosenkę Wesoły skowronek i inne".
"Dopiero przed śmiercią zapytałem, skąd ją zna" - dodaje Henryk, prawnik, muzyk, kompozytor, wykładowca kontrapunktu, instrumentacji, kompozycji. "Okazało się, że był to rosyjski wiersz, do którego mama ułożyła melodię, gdy miała piętnaście lat. Śpiewała nam to jako kołysankę. U mamy cytra zawsze była na stole. Zresztą o mamie wolę mówić muzyką niż słowami. Nieraz śpiewaliśmy z nią na dwa głosy. (cdn)

Krystyna Zambrzycka (Oświęcim – Numer P.64.160)

wtorek, 6 grudnia 2011

Zapiski Oświęcimskie (2)

część III (fragmenty)

Przełomowym dniem w naszym życiu stał się 18-ty stycznia 1945 r. Front ze wschodu był już tak blisko, że SS-mani w panice opuścili Oświęcim. Pozostali tylko nieliczni żołnierze wermachtu. Chaos panował w naszym obozie od samego rana.

Niemcy w pośpiechu organizowali transporty na zachód. Matki wykorzystywały stołki, które odwrócone do góry stanowiły rodzaj sanek. Na nie upychano tobołki i sadzano te dzieci, które nie zostały jeszcze wywiezione.

Wiele moich towarzyszek tych z dziećmi i tych jeszcze przed rozwiązaniem tego dnia opuściło obóz eskortowane przez żołnierzy. Dla nielicznych los był łaskawy. Na ogół słabsze ginęły w transporcie.

Opatrzność czuwała nade mną. Trzy razy próbowałam dołączyć się do transportu i trzy razy zamykano przed nami bramę.

W nocy z 18 na 19 stycznia 1945 źle się poczułam. Koleżanki zmusiły mnie, abym udała się na rewir położniczy. Następnego dnia w południe urodziłam pierwsze moje dziecko - córkę. Poród przyjmowała położna Stanisława Leszczyńska, która miała wielkie zasługi w ratowaniu wszystkich noworodków, nawet żydowskich (Była ona jedyną położną, która stanowczo sprzeciwiła się rozkazowi Niemców uśmiercania noworodków. W latach 1943-45 odebrała w Oświęcimiu ponad 3 tysiące porodów). Lekarką ginekologiem była dr Konieczna. Jak zwykle poród odbył się na przewodzie kominowym, publicznie. Stanisława Leszczyńska odznaczała się wielkim spokojem i wiedzą fachową. Nic jej nie potrafiło wyprowadzić z równowagi. Kiedy dr Irena Konieczna ostrzegła, że nie mają już podstawowych środków i lekarstw - Pani Leszczyńska zaczęła się modlić. Poród odbył się prawidłowo, bez żadnych komplikacji dla mnie i dla dziecka. Niemniej z transportów warszawskich na skutek różnych okoliczności przeżyło tylko 5% noworodków. Po mnie urodziły jeszcze dwie kobiety i tego dnia po raz ostatni widziałam na bloku żołnierza wermachtu.

Znajdowaliśmy się między dwoma frontami. Cofający się hitlerowcy i nadchodząca armia radziecka wraz z oddziałami polskimi tzw. Kościuszkowcami. Ciężkie chwile przeżywały matki, szczególnie te z noworodkami. Śnieg wdzierał się przez szpary w dachu, więc maleństwa układano nie pod ścianami lecz z brzegu koi, gdzie było nieco cieplej. Pożywienie organizowało się we własnym zakresie, przez te kobiety, które mogły zdobywać produkty z opuszczonych magazynów. Dieta dla karmiących matek była zupełnie nieprawidłowa. Te kobiety, które karmiły piersią nieraz ratowały oseski innych kobiet. Dokarmiano dzieci mlekiem z puszek nie zawsze odpowiednio przyrządzonym, co w efekcie mogło powodować zatrucia pokarmowe. Każdy dzień był coraz cięższy do przeżycia. Dr Konieczna i położna Leszczyńska bohatersko trwały na stanowisku mimo, iż mogły opuścić lagier, jako, że nikt już nas nie pilnował. Nadszedł taki dzień, że pociski krzyżowały się nad obozem i ogień zajął niektóre baraki. Wtedy położna Stanisława Leszczyńska zarządziła chrzest z wody wszystkich noworodków. Matką chrzestną mojej córeczki na moją prośbę została jedna ze współwięźniarek, Krakowianka, nauczycielka Władysława Broniszewska (była więźniarka Monte Lupich). Na ojca chrzestnego dla tych wszystkich dzieci wzięła Pani Leszczyńska więźnia wyznania prawosławnego, który przypadkowo pojawił się w pobliżu. Niestety nie byłam obecna przy tej ceremonii, gdyż od porodu prawie nie wstawałam.

Dnia 26 stycznia 1945 r. ujrzałyśmy Kościuszkowców, którzy weszli do naszego baraku. Nie zapomnę nigdy ich zaskoczenia na nasz widok. Akurat na piecu umierała na dyfteryt moja bliska towarzyszka, Halina Pia Pruszyńska, pozostawiając synka Krzysztofa i niedołężną matkę - staruszkę. I co najważniejsze, że poza tym jednym wypadkiem - nikt inny nie chorował na dyfteryt. Oficjalnie w mediach dzień wyzwolenia Oświęcimia obchodzi się właśnie 27 stycznia 1945 r.

5 lutego zorganizowano przewiezienie nas - matek z nowo narodzonymi dziećmi - do miejscowości Brzeszcze, odległej o 9 km. Inicjatorami tej akcji byli lekarz i nauczycielka pani Irena Ciarlówna oraz mieszkańcy Brzeszcz. Przysłano po nas wóz drabiniasty, gdzie ułożono polskie niemowlęta. Wielki wstrzšs przeżyłam, gdy po wyjściu z baraku zobaczyłam zmarznięte zwłoki mojej bliskiej koleżanki, Haliny Pii Pruszyńskiej i jej synka Krzysztofa.

Następnego dnia do szpitala w Brzeszczach zajechały wozy z pozostałymi matkami Rosjankami i dziećmi oraz z ich dobytkiem, który do tej pory udało się im zorganizować. Z wielką troską i poświęceniem mieszkańcy Brzeszcz zaopiekowali się nami. Sieroty wojenne trafiły bezpośrednio do miejscowych rodzin, które - chociaż wielodzietne - przygarniały je, nie patrząc na ich narodowość i pochodzenie.

Mieszkańcy zaopatrywali nas w ubrania i posiłki. Niestety zdarzały się takie przypadki, że nasze organizmy nie mogły strawić normalnego jedzenia i padały ofiarą ciężkich zaburzeń gastrycznych.

W szpitalu nasze niemowlęta zostały ochrzczone przez proboszcza a świadectwa tego aktu wpisano do ksiąg parafialnych. Niestety krótko trwała radość z poczucia wolności i stabilizacji. Dzieci zaczęły chorować a mniej odporne gasły. Zmarła też moja córeczka Ewa. Pochowano ją w jednej trumience z małym Jugosłowianinem (swoisty symbol braterstwa za życia i po śmierci) w jakimś prywatnym grobie na cmentarzu w Brzeszczach. Po paru latach - jak się dowiedziałam - dla zmarłych dzieci z obozu zrobiono specjalną kwaterę.

Tymczasem matka moja, wiedząc, że byłam więziona w Oświęcimiu skorzystała z nadarzającej się okazji i podążając za wojskiem radzieckim przyszła do baraku położniczego w lagrze. Dowiedziawszy się, że wszystkie kobiety z dziećmi przewieziono do szpitala w Brzeszczach, tam się udała. Nie będę opisywać momentu naszego spotkania. Wystarczy powiedzieć, że wszyscy świadkowie tej sceny płakali.

Krystyna Zambrzycka (Oświęcim – Numer P.64.160)

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Krótki życiorys Sł. Bożej Stanisławy Leszczyńskiej (1)

W dzisiejszym świecie, zepsutym i zniszczonym nie ma miejsca na godną postawę życiową, bezinteresowną chęć pomagania innym. Teraz, brakuje nam odwagi, aby postępować inaczej, walczyć z ogólnie przyjętymi zasadami i panującymi stereotypami. Taką właśnie postawę, ok. 1943 roku przyjęła Stanisława Leszczyńska.

Urodzona w 1896 roku, całe swoje życie poświęciła aby nieść pomoc ludziom podczas wojen. W 1920 roku, wraz z mężem i dziećmi wyjechała do Warszawy, aby uczyć się w szkole położniczej. Ukończyła szkołę z wyróżnieniem, a wkrótce podjęła pracę w swoim zawodzie. Stanisława uwielbiała go i zachwycała się każdym nowo narodzonym dzieckiem. Lecz już wkrótce, a mianowicie w 1943 roku, jej szczęście miało się zakończyć na dwa ciężkie lata. Razem z córką zostały aresztowane przez gestapo i wywiezione do Oświęcimia. Tam, Leszczyńska zostaje położną obozową i w nieludzko ciężkich warunkach, przy upale, bez jakichkolwiek środków higienicznych, odbiera porody. Jednak prawdziwą próbę, przeszła dopiero wtedy, gdy doktor Mengele, kazał zabijać jej każde nowo narodzone dziecko. Położna nie mogła na to pozwolić, ukrywała je, opiekowała się nimi, robiła wszystko, aby przeżyły.

Stanisława razem z córką przetrwała obóz. Jej trzej synowie również wrócili z wojny, ale jej mąż, niestety zginął w Powstaniu Warszawskim. W 1970 roku, Leszczyńska spotkała się ze swoimi podopiecznymi z Oświęcimia i dziećmi, które uratowała.

W 1992 roku, jej postać została uwieczniona na Kielichu Życia, złożonym przez polskie kobiety na Jasnej górze. Rok później, Krakowska szkoła Położnych otrzymała imię Stanisławy Leszczyńskiej. W 1974 roku Stanisława Leszczyńska zmarła.

Życiorys tej niezwykłej kobiety, mówi już sam za siebie. Stanisława Leszczyńska, potrafiła zupełnie bezinteresownie pomagać ludziom, potrafiła sprzeciwić się innym, narażając własne życie. W dzisiejszych czasach, brakuje takich jak ona i dlatego postanowiłam ją opisać. Gdyby chociaż połowa ludzkości postępowała jak Stanisława, świat był by o wiele piękniejszy i bardziej wartościowy. Na co dzień myślimy tylko o sobie, nie widzimy, bądź nie chcemy widzieć cierpienia innych. Ujrzeć je - to pierwszy krok na drodze do niesienia pomocy. A niesienie pomocy - to szczęście dla nas samych, dlaczego więc tak bardzo go unikamy?

Krystyna Zambrzycka (Oświęcim – Numer P.64.160)

niedziela, 4 grudnia 2011

Zakończenie.

Gdyśmy tak przeglądali różne czynności człowieka, i to czynności, których samo ciało wykonać nie może, powiadamy, że człowiek oprócz ciała ma jeszcze duszę, duszę niezłożoną i nieśmiertelną.
O ileż więc przez to jestem szczęśliwszy od innych stworzeń!
Jakie dzięki powinienem składać Bogu za to, że dał mi duszę, przez którą wyniósł mnie ponad wszelkie stworzenie i przeznaczył do wieczności!
Jaka wdzięczność Bogu powinna napełnić moje serce za to, że obdarzył mnie tak wzniosłą duszą, która świat potrafiła upiększyć cudownymi obrazami, pełnymi wdzięku i życia rzeźbami, i rozsiała okazałe świątynie po całym świecie!
Duszą tak cudowną, która potrafi odczuć smutne położenie bliźniego, potrafi go pocieszyć i ulgę mu przynieść, która posiada moc wyrwania bliźniego z przepaści występków.
Oto wielkość człowieka.

A ta dusza jego, nienasycona nigdy szczęściem tu na ziemi, dąży ustawicznie do szczęścia w wieczności. I to ona daje człowiekowi poczucie wstydliwości, jakiego nie posiada żadne zwierzę. Tak zaś wspaniałą duszę mógł stworzyć jedynie Bóg, darząc ją pragnieniem wzbicia się ponad zwierzęce ciało. I wyraził tę duszę nie tylko w jej czynach, ale wyrył ją i w rysach twarzy.
Dusza jest tym dłutem, które potrafi wyryć cechy wzniosłości na czole myśliciela, ona także wyrzeźbi troski i cierpienia na twarzy człowieka. Dusza święta opromienia twarz naszą aureolą niebiańską i czyni ją miłą i pociągającą. Namiętna zaś wyciśnie piętno odrazy. Dusza nadaje oczom powagę i taką potęgę, iż człowiek opanuje najdziksze nawet zwierzęta.

Dusza obdarza człowieka wielkością, pięknością, i dlatego to powiedział Bóg: Uczyńmy człowieka na wyobrażenie i na podobieństwo nasze.
Przez duszę wlał Bóg w nas odblask podobieństwa swego.
Przez duszę posiadamy ten piękny rozum, który czyni nas podobnymi do Bogu, a przez rozum dążymy ustawicznie do prawdy, prawdy wiecznej, którą jest Bóg.
Bóg jest pięknością nieskończoną, my przez duszę uczestniczymy w tej odwiecznej piękności, żywiąc się tą samą prawdą, tym samem dobrem co On.
Dusza nasza, choć żyje w tak małym ciele, choć porusza się po tak małej ziemi, potrafi jednak przejść wszechświat niezmierzony, potrafi go badać i nie zatrzymywać się aż hen daleko w nieskończoności.
A ta wielkość, ta potęga duszy jest jeszcze tym większa, że żyje wiecznie. I dlatego to Bóg przez duszę uczynił człowieka panem i królem wszystkiego stworzenia na ziemi.

http://msza.net/i/cz20_07.html

sobota, 3 grudnia 2011

"Czy wszyscy ludzie utrzymują, że człowiek posiada duszę?"

Pomimo tak oczywistych dowodów na to, że w człowieku oprócz ciała musi być dusza, wielu mówi, że człowiek nie ma duszy - utożsamiają człowieka ze zwierzęciem. Nie myślmy, że ci, co tak mówią, niedawno doszli do tego, choć mówią, że do tego doszła najnowsza nauka. Już dawno przed Chrystusem Panem kłócili się uczeni między sobą, i jedni mówili, że człowiek posiada duszę duchową, która jest czymś zupełnie różnym od ciała, i że ta dusza, przeżywszy ciało, będzie żyła wiecznie. Inni znowu uczyli, że człowiek nic nie posiada prócz ciała i że ze śmiercią człowieka wszystko się kończy.

Najwięksi greccy filozofowie, jak Sokrates, Platon, Arystoteles, twierdzili, że człowiek posiada duszę i że ona jako duchowa musi żyć wiecznie. Także teraz wielu myślicieli, nawet tych, co w Boga nie wierzą i którzy by chcieli, żeby człowiek nie miał duszy, mówi jednak, że trudno, aby samo ciało wykonywało tyle duchownych czynności. Tymczasem wielu mędrków wyśmiewa się z tego. Uczeni, zebrawszy się w Monachium w 1896 r., a w Paryżu w 1910 r., uznali, że jest coś w nas oprócz ciała, coś "niepoznawalnego".

Mędrkowie mimo tego twierdzą, że człowiek nie ma duszy. Zapytajmy ich wobec tego: Czym jest człowiek? Odpowiedzą: "Zwierzęciem". Bo przecież ma ten sam początek, co zwierzę, rodzi się tak samo jak zwierzę, żyje tak samo obok siebie jak zwierzę, a potem ginie jak zwierzę. I myślicie, że ludzie boją się takiego poniżenia? Wcale nie, wielu chce się zrównać ze zwierzęciem, a bardzo wielu woli być tym samym, czym biedne stworzenie, byleby się sprzeciwić w jakikolwiek bądź sposób nauce Kościoła. Toteż z całą siłą popierają swoją naukę, starając się wykazać, że człowiek nie posiada duszy.

I taka nauka wielu się podoba, bo jeśli człowiek nie ma duszy, nie potrzebuje walczyć ze swoimi namiętnościami, ale może swobodnie popuścić im wodze, nie obawiając się żadnych kar, ponieważ już tu kończy się jego życie. Dlatego to wielu z nich mówi, że największymi rzeczami w życiu to rozkosz i używanie, a sam człowiek jest tylko tym, czym się karmi, bo przecież wyrósł przez to, że jadł.

Aby szerzyć swoją przewrotną naukę, używają wszelkich środków i dlatego to mówią, że najnowsza nauka wykazała, że człowiek rozwijał się powoli sam z ziemi, gdy ją słoneczko ogrzało, a deszcz zwilżył. Powstały najpierw najmniejsze stworzonka, których gołym okiem dojrzeć nie można, te zaś rozwijały się coraz dalej, aż wyrosły później na słonia, niedźwiedzia, małpę, a potem na człowieka.
Próbują i nasi uczeni zrobić z ziemi takie małe stworzenia i chcą nam pokazać, że z niedźwiedzia urodzi się małpa, a z małpy człowiek, ale to im się nie udaje. Dawno już przed Chrystusem Panem poganie, nie uznając Pana Boga, mówili, że wszystko, co żyje na świecie, powstało samo ze siebie, a nikt tego nie stworzył.

Czytałem książkę wielkiego uczonego protestanta, który do niedawna jeszcze nie wierzył w Boga. W tej książce mówi on: "Po co mi wierzyć tym, co uczą, że żyjące stworzenia powstały same z siebie, a człowiek rozwinął się z niższych zwierząt? Ja wolę wierzyć, że Bóg jest Stwórcą wszystkiego, bo to wydaje mi się mądrzejsze i widoczniejsze. A my mamy im wierzyć, że człowiek jak inne zwierzę nie posiada duszy, i to dlaczego? Bo oni jej nie widzą, więc nikt jej widzieć nie może! Dobrze moi panowie, lecz my wiemy, że człowiek ma duszę i wiemy o tym na pewno, wobec czego nie potrzebujemy wierzyć. Nie pokażemy wam jej tak, jak nasz nos lub ucho, bo wy byście wygrali. Wtedy nie byłoby duszy, ale coś materialnego, co byście mogli nazwać sercem, żyłą. Tymczasem dusza jest czymś duchowym, niematerialnym, czego nie można zobaczyć ani dotknąć. Z pewnością, gdyby człowiek nie miał mózgu, to by nie mógł myśleć. Gdy człowiek ma mózg uszkodzony, staje się obłąkany. Gdyby człowiek nie miał wnętrzności, nie mógłby żyć. Pochodzi to stąd, że dusza i ciało ściśle łączą się ze sobą, ale dusza nie jest tym samym, co ciało. Jak człowiek nie jest samym ciałem, tak też nie jest samym duchem, ale składa się z duszy i ciała, a bez ciała człowiek nie jest człowiekiem".
Więc w człowieku prócz ciała jest pierwiastek inny zupełnie od materii, który istnieje samoistnie, i jest duchowy, a nim jest dusza.

Skąd o tym wiemy? Mówi nam o tym nasze własne przeświadczenie. I takie przeświadczenie mamy nie tylko my chrześcijanie, ale o ile historia zna najdawniejsze ludy na całym świecie, to ani jeden naród nie wątpił, że człowiek ma duszę, która będzie żyć wiecznie. Mamy bardzo stare dzieła Chińczyków i Indów, które uczą, że dusza ma się kiedyś połączyć z Bogiem, aby tam zażywać największego szczęścia. W starym Egipcie uczyli, że dusza, odpokutowawszy za wszystko, otrzyma wieczne szczęście. Grecy podobne mieli przekonanie. U innych zaś ludów spotykamy rozmaite praktyki, które wskazują, że ci ludzie byli przekonani, iż posiadają duszę nieśmiertelną. Wszędzie, o ile wiemy, narody przestrzegały, by ciała umarłych grzebano, bo inaczej dusza umarłego podlega wielkim cierpieniom. U wielu także ludów spotykamy nagrobki, na których umieszczana jest prośba o modlitwę za duszę. Przekonanie o istnieniu duszy nieśmiertelnej znajdujemy nie tylko u ludów, u których cywilizacja stała wysoko, ale i u najbardziej dzikich, jak na przykład u Cymbrów.

A czy dziś ludzie mówią inaczej? Śmiało można powiedzieć, że cała ludzkość ma przekonanie, iż człowiek posiada duszę nieśmiertelną. Nielicznych uczonych, którym pycha zaćmiła rozum, jak też takich, którzy wierzą tym uczonym, należy raczej zaliczyć do wyjątków. A nawet gdy weźmiemy najgorszych ludzi, najzagorzalszych zbrodniarzy, to prędzej czy później ruszy ich sumienie, gdy przypomną sobie, co to będzie z ich biedną duszą po śmierci. Najzagorzalsi grzesznicy, którzy zapomnieli zupełnie o duszy, na łożu śmierci o niej sobie przypominają.

Skąd mamy takie przekonanie o duszy? Pewnie, że i tradycja i wewnętrzne przeświadczenie mówi nam o tym, ale przede wszystkim mówi nam o tym zastanawianie się nad działaniem duszy. A jakie jest to działanie duszy? Oto przede wszystkim to objawy życiowe, których żaden uczony pojąć nie może i nie może zdać sobie sprawy z tego, przez co istota jest żywa. Wiedzą oni, że każda istota żyjąca różni się od martwego ciała, widzą oni w człowieku takie odrębne właściwości i czynności, jakich nigdzie nie widzą poza człowiekiem. Co to jest, pytają, co w nas wykonuje takie czynności? Jest to dusza, odpowiadamy, duchowa i niezłożona. Duchowe jest to, co jest niezależne od ciała. I taką jest nasza dusza, bo człowiek posiada wiele czynności niezależnych od ciała, a jeżeli posiada czynności niezależne od ciała, posiada i to, co wytwarza te czynności, czyli posiada duszę.

http://msza.net/i/cz20_06.html

czwartek, 1 grudnia 2011

"Gdzie znajduje się dusza i jak łączy się z ciałem?"

Gdzie się znajduje w człowieku ta pojedyncza dusza, ten pierwiastek niezłożony, który będzie żyć wiecznie?
Mówimy, że dusza ma siedzibę w całym ciele i w każdej jego części. Dawni filozofowie myśleli, że dusza znajduje się w sercu, lub w głowie, inni mówili, że w krwi, a inni znowu, że w żołądku, jak Epikur. Największy jednak filozof starożytności Arystoteles i inni uczeni chrześcijańscy mówią, że cała dusza znajduje się w całym ciele i jest cała w każdej części ciała.
Dusza jest w całym ciele, bo ożywia je całe. Gdy dusza wyjdzie z ciała, wtedy zamiera każdy członek i życie ustaje zupełnie. Gdy zaś odetniemy rękę, to nie odcinamy kawałka duszy, tylko dusza, która ożywiała całe ciało, przestaje ożywiać odciętą rękę.

Nie jest to takie dziwne, że cała dusza znajduje się w całym ciele, ale dziwniejsze jest, jak może być cała w każdej części ciała. Wyżej powiedzieliśmy, że dusza jest czymś niezłożonym, taka zaś dusza musi być cała tam, gdzie się znajduje. Nie może być kawałek w ręce, kawałek w głowie, bo wtedy składałaby się z części i byłaby złożona, ponieważ w każdej części ciała byłby kawałek duszy.
Lecz choć dusza jest niezłożona i w każdej części ciała jest w całości, to jednak ma różne władze i to tak rozłożone, że w każdej części ciała ma jakąś inną władzę. Jak się to dzieje, że dusza nasza jest cała w każdej części ciała, trudno to sobie wyobrazić, ale przecież wiemy, że i Bóg jest cały w jednym miejscu, cały w drugim i cały wszędzie.
A ta dusza, choć tak jest odrębną od ciała, jednak łączy się z nim najściślej.

Czy dusza tak łączy się z ciałem, iż mieszka w nim, jak człowiek w pokoju?
Nie, bo dusza łączy się tak ściśle z ciałem, iż z tego połączenia powstaje jedna natura człowieka, powstaje jedna osoba, bo dusza z natury swej przeznaczona jest do nadawania ciału życia, przeznaczona do uczynienia go człowiekiem.
Jedną naturę człowieka poznajemy z tego, iż dusza i ciało spełniają razem swe czynności i dlatego te czynności pochodzą jakby od czegoś jednego.
Ponadto dusza i ciało wpływają na siebie wzajemnie. I tak np. zdrowie lub choroba ciała odbija się na duszy. Gdy jesteśmy chorzy, trudno myślimy, nie chce nam się nawet pomodlić, ani nic robić. Tak samo, gdy silniej pracujemy umysłowo, np. gdy myślimy o czymś trudniejszym, stajemy się ociężali, tracimy apetyt, żołądek nawet nie chce trawić. Gdy znowu cieszymy się z czegoś, to i człowiek silniejszy i więcej by zrobił, gdy się zaś zmęczymy, to nam się nie chce nic robić.
Wzajemny ten wpływ świadczy o jedności natury ludzkiej. Stąd widzimy, jak ściśle dusza połączona jest z ciałem. To jednak nie przeszkadza, by dusza była istotą doskonałą, bo do istnienia swego niekoniecznie potrzebuje ciała, jak to widać po śmierci człowieka.

http://msza.net/i/cz20_05.html